moja polska zbrojna
Od 25 maja 2018 r. obowiązuje w Polsce Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych, zwane także RODO).

W związku z powyższym przygotowaliśmy dla Państwa informacje dotyczące przetwarzania przez Wojskowy Instytut Wydawniczy Państwa danych osobowych. Prosimy o zapoznanie się z nimi: Polityka przetwarzania danych.

Prosimy o zaakceptowanie warunków przetwarzania danych osobowych przez Wojskowych Instytut Wydawniczy – Akceptuję

 
Trauma poznańskiego Czerwca

Poznański Czerwiec był tragiczną cezurą. Dowodzący armią Sowieci użyli polskiego wojska do walki ze społeczeństwem. Ściągnięci spoza miasta żołnierze usłyszeli, że niemieccy rewizjoniści chcą je odłączyć od Polski. Część poznańskich wojskowych przeszła na stronę demonstrantów, wielu dotknęły represje – o trudnych kartach historii opowiada prof. Janusz Karwat.


Powstanie, robotnicza rewolta, rozruchy, wypadki czerwcowe. Jak nazwałby Pan wydarzenia, które rozegrały się 28 czerwca 1956 roku i nazajutrz?

Prof. Janusz Karwat, historyk z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu: Faktycznie mamy niemały problem z ich zdefiniowaniem. Wynika to z kilku czynników. W 1957 roku do Poznania przyjechał Władysław Gomułka, pierwszy sekretarz PZPR, który wrócił do władzy na fali tak zwanej odwilży. Spotkał się z robotnikami i poprosił: „Załatwmy to jak w rodzinie, dogadajmy się, a na złą przeszłość spuśćmy kurtynę milczenia”. I o tej przeszłości później niewiele wspominano, a jeśli już, to w sposób zawoalowany, pełen niedomówień. Pojawiło się określenie „wypadki czerwcowe”, które obowiązywało przez 30 lat. W 1981 roku termin ten zaczął być wypierany przez określenie „poznański Czerwiec”, a wszystko za sprawą przedstawienia teatralnego Izy Cywińskiej… Ale Zachód już nazajutrz po pierwszych starciach mówił o powstaniu.

Zachód wiedział?

Wiedział. Walki wybuchły, gdy trwały Międzynarodowe Targi Poznańskie. Robotnicy celowo zdecydowali się rozpocząć protest właśnie w tym czasie. Wiedzieli, że relacje pójdą w świat, że nie uda się tego przykryć propagandą. Co ciekawe, kilka tygodni później terminu „powstanie” użył również pierwszy sekretarz KPZR Nikita Chruszczow. W rozmowie z Palmiro Togliattim, szefem włoskich komunistów, stwierdził, że na szczęście powstanie w Poznaniu udało się zdławić.
I rzeczywiście, poznański Czerwiec miał charakter insurekcyjny, tyle że trudno go porównać do zrywów niepodległościowych z XIX wieku czy też do Powstania Warszawskiego 1944 roku. Robotnicy nie wyszli na ulice, by obalać ustrój. Protest miał podłoże socjalne, jego uczestnicy nie posiadali przywództwa wojskowego, określonego planu. Hasła wolnościowe pojawiły się później, krótko przed wybuchem walk, które były efektem bezsilności i wzrostu emocji. Ale w historii dochodziło już do powstań o podobnym mechanizmie, jak choćby w 1831 i 1848 roku we Francji. Kwestie semantyczne dotyczące poznańskiego Czerwca konsultowałem kiedyś z filozofem Leszkiem Nowakiem. Przyznał on, że najbardziej trafne jest określenie rewolta, które oznacza najniższą formę insurekcji, jeszcze niezorganizowanej, żywiołowej. Problem w tym, że rewolta ma w polskiej tradycji konotacje negatywne. Według mnie prędzej czy później poznański Czerwiec zacznie być powszechnie nazywany powstaniem. Zwłaszcza w Poznaniu, gdzie uczestnicy zrywu i ich rodziny po tylu latach przemilczania i zakłamywania tamtych wydarzeń chcieliby się jakoś dowartościować.

Wróćmy zatem do początku. Jest 28 czerwca 1956 roku, wczesny ranek. Robotnicy Cegielskiego, fabryki silników, która teraz nosi imię Stalina, idą do pracy. Mają w głowach, że za chwilę zaczną protestować czy jeszcze nie?

Aby to zrozumieć, należy przez chwilę przyjrzeć się specyfice miasta i miejscowych zakładów pracy. Robotnicy Poznania to nie młoda klasa robotnicza, jak choćby ta z Nowej Huty. Tutaj mamy do czynienia z doświadczonymi, dobrze zarabiającymi fachowcami. Wiedzą, że protest to ostateczność. Tymczasem napięcie w Poznaniu rośnie od dobrych kilku tygodni. Wszystko za sprawą stalinowskiego wyścigu pracy. Funkcjonariusze partii przekonywali robotników, że jak będą mieć lepsze wyniki, dostaną więcej pieniędzy. No więc ludzie zostawali po godzinach, przychodzili do zakładów w wolne dni. Tyle że premii nie dostali. Co więcej, władza zdecydowała się im obciąć deputaty. Tego nie zrobili nawet Niemcy podczas okupacji! Cegielski był zakładem zbrojeniowym, więc pracujących w nim fachowców należało jako tako traktować.
Tak więc w ’56 rośnie wśród robotników niezadowolenie. Władze partyjne, związki zawodowe i władze w regionie w zasadzie ich popierają, ale nic nie są w stanie zrobić. Delegacja jedzie więc do Warszawy. Robotnicy spotykają się z szefami centrali związków zawodowych i ministrem przemysłu ciężkiego Romanem Fidelskim. Słyszą: „Będzie dobrze, dostaniecie premie”. 26 czerwca wracają do Poznania i ogłaszają zwycięstwo. Dzień później w mieście pojawia się jednak minister Fidelski i wszystko odkręca. Toczą się jeszcze negocjacje, ale robotnicy widzą, że zmierzają one donikąd. Premier Cyrankiewicz i Biuro Polityczne KC PZPR nie robią nic, by kryzys rozwiązać. Robotnicy mają dylemat: wychodzić czy nie? Ostatecznie decydują się na pierwsze rozwiązanie. Muszą, bo zależy im, by protest odbił się szerokim echem, a przecież za chwilę skończą się międzynarodowe targi.

50. rocznica Czerwca’56 w roku 2006. Inscenizacja pod poznańskim Zamkiem. Fot: Filip Springer / FORUM

Kolumna wyruszyła o godzinie 6:00 z zakładów Cegielskiego dzisiejszą ulicą 28 czerwca. Do protestujących wkrótce dołączyli pracownicy Zakładów Naprawy Taboru Kolejowego. Pochody szły też z innych dzielnic. Robotnicy przeszli m.in. przez teren Międzynarodowych Targów Poznańskich. Kierowali się pod Zamek, gdzie wówczas mieściła się siedziba Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Co ciekawe, Milicja Obywatelska otrzymała polecenie, by pochodów nie zatrzymywać, w żaden sposób nie interweniować, a już na pewno nie strzelać. A przecież milicja stanowiła wówczas niemałą siłę. Przy okazji targów do Poznania ściągane były z całej Polski dodatkowe oddziały. Do tego dochodzili jeszcze tajni agenci, operujący na mieście w ubraniach cywilnych.

Taka reakcja mogłaby świadczyć o tym, że Warszawa jednak była zaskoczona…

Na pewno skalą i późniejszą gwałtownością protestacji, bo takiego określenia używali robotnicy. Proszę pamiętać, że tylko Cegielski zatrudniał w tym czasie 20 tysięcy osób, w ZNTK pracowników było o połowę mniej. Na ulice wyległy nieprzebrane tłumy. Kolumny doszły pod Zamek, gdzie przez długi czas panował spokój. Na fotografiach z tamtego czasu widać, jak ludzie kłębią się na placu, chodnikach, ale nikt nie wchodzi na trawnik. Pojawiły się nawet naprędce sklecone tabliczki: „Szanuj zieleń!”. Taki protest po wielkopolsku… I wówczas ktoś puścił plotkę, że delegaci do rozmów z władzą zostali uwięzieni „na Młynie”, czyli w więzieniu przy ulicy Młyńskiej. Mimo że sami delegaci, obecni na placu, próbowali sprawę odkręcać, lawina ruszyła.
Tłum pomaszerował w kierunku więzienia, zdołał wyłamać bramę, wypuścić więźniów, opróżnić magazyn z bronią. Robotnicy opanowali też gmachy należące do partii, m.in. Zamek. Wchodzili do wnętrza, ale niczego nie dewastowali. Co najwyżej obracali popiersia Lenina twarzą do ściany, rozrzucali papiery. Tymczasem na ulicach pojawiły się pierwsze hasła wolnościowe: „Uwolnić Wyszyńskiego”, „Precz z Ruskimi”, „Precz z dyktaturą”, no i jeszcze jedno: „na UB”. Ludzie ruszyli pod gmach bezpieki.
Nastroje podgrzewali przede wszystkim młodzi robotnicy. Starsi, widząc, że demonstracja wymyka im się spod kontroli, wrócili do zakładu. A tam stały już czołgi.

Rozpoczęła się pacyfikacja?

Nie do końca. Najpierw uaktywniony został garnizon poznański. W tym czasie, prócz bazy lotnictwa na Krzesinach, w jego skład wchodziły dwie szkoły oficerskie: Centrum Wyszkolenia Służby Tyłów oraz Oficerska Szkoła Wojsk Pancernych i Zmechanizowanych. Na miejscu byli podchorążowie pierwszego rocznika, a także absolwenci uczelni cywilnych wezwani na przeszkolenie. Sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR Leon Stasiak od rana zwoływał narady i naciskał na władze szkół oficerskich, by użyć wojska do ochrony obiektów państwowych – banków, dworca, poczty, produkcji zbrojeniowej w Cegielskim i Stomilu. Około 10:00 do tych ważnych strategicznie punktów miasta wysłane zostały czołgi i transportery opancerzone z podchorążymi, a także nielicznymi żołnierzami zawodowymi. Nie wydano im jednak nawet amunicji.

Czołgi na ówczesnym placu im. Józefa Stalina (obecnie plac Adama Mickiewicza).

Czołgi wywołały na ulicach entuzjazm. Protestujący skandowali: „Wojsko z nami!”. Armia cieszyła się w Poznaniu ogromnym poważaniem. Szacunek do munduru mieszkańcy wynieśli jeszcze z czasów Powstania Wielkopolskiego i nie zmienił tego nawet fakt, że wojsko stało się „ludowe”. Sami żołnierze też patrzyli na protestujących z życzliwością. Część z nich mieszkała w Poznaniu od pokoleń… Słyszeli też, co się w zakładach pracy od tygodni dzieje. Podchorążowie i dowódcy poschodzili z czołgów, niektórzy nawet oddali protestującym broń. Część zdecydowała się zostać z nimi. Większość jednak zawróciła do koszar.
Około 11:00 do miasta wjechały kolejne czołgi. Tym razem żołnierze mieli amunicję, ale nadal obowiązywał zakaz jej używania. Tymczasem o gmach UB toczyły się już regularne walki. Pewnie padłby on bardzo szybko, gdyby wcześniej nie obsadził go pluton KBW (Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego – przyp. red.).

A co z Warszawą?

Około 10:00 zebrało się Biuro Polityczne. I tam na wniosek Konstantego Rokossowskiego, sowieckiego marszałka, który w Polsce pełnił funkcję ministra obrony narodowej, postanowiono użyć wojska. Ale nie podchorążych z poznańskiego garnizonu, lecz regularnych oddziałów. Rokossowski doskonale wiedział, jak takie protesty tłumiło się w ZSRR. Dwa lata wcześniej Armia Czerwona spacyfikowała też Berlin. W NRD na ulice wyszło przeszło milion Niemców. Podobnie jak w Poznaniu, chodziło tam o kwestie socjalne. Sowieci użyli artylerii, lotnictwa, na ulicach doszło do egzekucji. W kolejnych dziesięcioleciach mieszkańcy wschodnich Niemiec nawet nie odważyli się pomyśleć o jakimkolwiek powstaniu…
W czerwcu 1956 roku, kilkanaście kilometrów od Poznania, na poligonie w Biedrusku ćwiczyli żołnierze 2 Korpusu Pancernego, który składał się z dwóch dywizji. Żołnierze usłyszeli, że wybuchła kontrrewolucja, a niemieccy rewizjoniści chcą odłączyć miasto od Polski. Na taki argument ich koledzy z Poznania co najwyżej popukaliby się w głowę. Oni jednak mogli w to uwierzyć. Oczywiście i tu, i tam wszechobecna była propaganda, zaś straszne wspomnienia z okupacji pozostawały żywe. Tyle że w odróżnieniu od poznaniaków, żołnierze 2 Korpusu nie znali sytuacji w mieście.
Wojsko z Biedruska dotarło do Poznania około 15:00. Niedługo potem dołączyła do nich ta część 2 Korpusu Armijnego, która ćwiczyła na poligonie w Wędrzynie. Do tego doszły siły KBW ściągane niekiedy aż z Orzysza. W sumie w mieście pojawiło się 12 tysięcy żołnierzy i około dwóch tysięcy pojazdów, w tym 420 wozów bojowych: czołgów i transporterów opancerzonych. Dla porównania, gen. Wasilij Czujkow, który szturmował Poznań zimą 1945 roku, miał do dyspozycji siły o połowę mniejsze.

Propozycja użycia armii wyszła od Rokossowskiego czy były naciski z Moskwy?

Ówczesny pierwszy sekretarz Edward Ochab, który uchodził za liberała i starał się później mówić prawdę twierdził, że żadnych nacisków nie było. Niezależnie jednak od tego Moskwa miała doskonałe rozeznanie w sytuacji. Przecież wszystkie ważniejsze funkcje w polskiej armii pełnili sowieccy oficerowie. W samym Poznaniu stacjonowały oddziały Armii Czerwonej, choć nie liniowe, a miasto pozostawało w szczególnym zainteresowaniu tamtejszych służb. Za sprawą targów było przecież oknem na Zachód.

A jaka była rola gen. Popławskiego?

Kiedy zapadła decyzja o użyciu wojska, do Poznania postanowiono wysłać wiceministra obrony narodowej generała armii Stanisława Gilarowicza Popławskiego. Rosjanina. Popławski przyleciał na Ławicę, ściągnął do siebie wszystkich dowódców, zarządził odprawę, zrugał ich na czym świat stoi, założył sztab wojenny i nakazał stworzyć obóz filtracyjny. Słowem: poczuł się, jak na froncie. Po południu, po konsultacji z generałem Wsiewołodem Straszewskim, dowódcą Śląskiego Okręgu Wojskowego, nakazał wojsku działać w oparciu o doświadczenia ze Stalingradu. Do rozbijania tak zwanych gniazd ogniowych używać nie karabinów, lecz w razie potrzeby armat i czołgów. Po takie środki żołnierze sięgnęli kilkakrotnie. Popławski zakładał nawet, że wykorzysta ciężką artylerię, jeśli demonstranci opanują gmach UB. Do tego jednak nie doszło, bo wojsko zdołało go odblokować wcześniej.

50. rocznica Czerwca’56 w roku 2006. Gąsienice czołgowe pod pomnikiem Poznańskiego Czerwca – fragment scenografii okolicznościowej inscenizacji. Fot: Marek Lapis / FORUM

Na tym jednak nie koniec. Wiceminister nakazał żołnierzom działać kompaniami, które w decydującym momencie miały dzielić się na dwie części. Pierwsza ostrzeliwała budynek. A kiedy ostrzał ustał, druga wchodziła do środka i dokładnie przeszukiwała wszystkie pomieszczenia. Tak właśnie Armia Czerwona walczyła w Stalingradzie.
Z raportów wynika, że siły wysłane do zdławienia rewolty zużyły 180 tysięcy pocisków, z czego 160 tysięcy wystrzelali żołnierze 2 Korpusu Pancernego ściągnięci z Biedruska.

Czyli armia w tłumieniu protestu była dużo aktywniejsza niż KBW?

KBW było zbyt słabe, by poradzić sobie z sytuacją. Tym bardziej, że po śmierci Bieruta liczebność formacji została zmniejszona. Rządzący doszli do wniosku, że zdołali wygrać wojnę z niepodległościowym podziemiem. I tak na przykład poznański pułk KBW liczył zaledwie 600 żołnierzy zamiast, jak wcześniej, dwa tysiące.

Czy pośród wojskowych były przypadki niesubordynacji, odmowy wykonania rozkazu?

Jak wspominałem, kilkunastu podchorążych i żołnierzy zawodowych z Poznania przeszło na stronę demonstrantów. Część z nich brała bezpośredni udział w walkach, inni przyjęli rolę instruktorów. Śledztwo w tej sprawie wszczęły prokuratury wojskowe z Wrocławia i Warszawy. Demonstranci przesłuchiwani jako świadkowie zasłaniali się niepamięcią, nie podawali istotnych szczegółów, albo podawali fałszywe. Ale w tłumie byli przecież jeszcze agenci UB. Ostatecznie zarzuty usłyszało kilka osób, ale przed sądem nigdy nie stanęły. W październiku 1956 r. powrócił Gomułka, więc „towarzysze sowieccy” z ministerstw i armii wyjechali do siebie, a na „wypadki czerwcowe” opadła kurtyna milczenia.
Krótko po poznańskim Czerwcu pojawiły się jednak pogłoski, których nigdy nie udało się potwierdzić. Oto mieszkańcy zaczęli sobie opowiadać, że 21 podchorążych zostało rozstrzelanych właśnie za odmowę wykonania rozkazu. Ktoś nawet widział ciała wywożone na platformie ciężarówki. Tyle że w dokumentach, do których uzyskaliśmy dostęp już w latach 90., nie ma o tym żadnej wzmianki. Po tak długim czasie odezwałyby się też pewnie rodziny tych żołnierzy. Niepewność wzmógł trochę w 1981 roku pułkownik Antoni Filipowicz, były już wówczas komendant poznańskiej szkoły. Stwierdził, że w podległej mu jednostce do takiej sytuacji nie doszło. Nie wykluczył jednak, że jacyś żołnierze zostali rozstrzelani w oddziałach liniowych, które przyjechały z Biedruska bądź z Wędrzyna. Mnie wydaje się to jednak mało prawdopodobne.

Tak jak opowieści o lotnictwie użytym przeciwko demonstrantom?

I znów nie do końca, ponieważ lotnictwo zostało użyte. Przed południem 28 czerwca z Krzesin wystartowały samoloty, które miały latać nad miastem, by przykuć uwagę protestujących i osłabić emocje. To była swoista demonstracja siły. Na robotnikach nie wywarła ona większego wrażenia, bo wtedy nikt nie przypuszczał, że niebawem dojdzie do walk. Po południu samoloty zaczęły krążyć nad dzielnicą Jeżyce i zrzucać w skupiska ludzi butle z gazem łzawiącym oraz ulotki mówiące o niemieckich dywersantach, którzy chcą opanować Poznań.

Jaki był ostateczny bilans ofiar poznańskiego Czerwca?

Z książek przyjęć w szpitalach wynika, że rannych zostało 600-700 osób, ale liczba ta z pewnością była większa. Nie wszyscy się ujawniali, wielu demonstrantów w obawie przed represjami podawało fałszywe dane. Według mnie liczba rannych mogła sięgnąć nawet tysiąca. Co najmniej 58 osób zginęło. Wśród nich zdecydowanie przeważali robotnicy, ale było też kilku żołnierzy i oficerów UB.
Wojsko straciło też sporo sprzętu. Spłonęło dziewięć czołgów, przeszło 20 zostało uszkodzonych, dwa z nich opanowali powstańcy. Potem skierowali je przeciwko siedzibie UB, choć nikt z nich tak naprawdę nie miał większego pojęcia o tym, jak obchodzić się z działem czy wielkokalibrowym karabinem maszynowym.

Straty jednak wykraczały poza spalone czołgi...

O tak, wielu żołnierzy z Poznania dotknęły represje. Zajęła się nimi Informacja Wojskowa. Poznański garnizon stał się dla władzy mniej pewny. Na początku najstarszy rocznik Oficerskiej Szkoły Wojsk Pancernych został przeniesiony do rezerwy. Tym chłopakom zostały dwa miesiące do promocji, tymczasem wylądowali w cywilu. Dla nich to był dramat… Potem były plany przeniesienia szkoły do Giżycka. Ale pułkownik Filipowicz sprzeciwił się i udało mu się temu zapobiec. Sam jednak zapłacił za to wysoką cenę. Został przeniesiony na inne stanowisko, oskarżony o nadużycia, ostatecznie i tu się wybronił, jednak skończył jako szef jednej z Wojskowych Komend Uzupełnień. Dla poznańskich żołnierzy Czerwiec to była trauma. Jeden z nich, kapitan Jan Dobrzański, miał dostać Krzyż Walecznych. Odmówił, musiał odejść z armii. Nie to jednak było najgorsze. Przede wszystkim w Poznaniu upadł etos wojska. Odtąd mieszkańcy odnosili się do żołnierzy z daleko posuniętą rezerwą, a jej oznaki widać było w najdrobniejszych przejawach codziennego życia. Podchorążowie wspominali na przykład, jak w tramwajach, którymi jechali do koszar, słyszeli za plecami „SS Golęcin”. Na Golęcinie mieściła się ich jednostka. Chłopcy w mundurach nie byli mile widziani w poznańskich rodzinach. Kiedy w latach 60. czy 70. organizowali u siebie dyskoteki, mieli trudności z zapraszaniem dziewczyn. Często dogadywali się z liceum medycznym i dlatego wielu z nich miało potem żony pielęgniarki. A przecież wojsko w Poznaniu nie kończyło się na podchorążych. Przez lata mieściło się tutaj na przykład Dowództwo Wojsk Lotniczych, mundury były widoczne na ulicach, niemal na każdym kroku…
Poznański Czerwiec stanowił pewną tragiczną cezurę. Polskie wojsko po raz pierwszy zostało użyte do tłumienia ulicznych protestów, do walki ze społeczeństwem.

Później władzy łatwiej było sięgać po tego rodzaju środki?

Władza szybko wyciągnęła wnioski. Przede wszystkim zaraz po Czerwcu ’56 powstało ZOMO. Rządzący byli przekonani, że milicja musi mieć oddziały zdolne poradzić sobie w tego rodzaju sytuacjach. Ale z armii rezygnować nie chcieli. Wojsko strzelało do robotników na Wybrzeżu w 1970 roku, na nim też oparty był pomysł wprowadzenia stanu wojennego. Choć przyznać trzeba, że w 1981 roku generał Jaruzelski polskiej armii nie był już pewien. Dlatego zabiegał w ZSRR o to, by w razie niepowodzenia, opór „Solidarności” spacyfikowała Armia Czerwona.
Sam Poznań po Czerwcu ’56 przez długie lata miał przetrącony kręgosłup. Widać było to w 1970 i 1976 roku. Polska protestowała, a Poznań czekał. Do solidarnościowego zrywu też przyłączył się późno. W ludziach rok 1956 tkwił jak zadra.

Wreszcie chyba jednak udało się ją przezwyciężyć. W rankingach społecznego zaufania armia niezmiennie lokuje się w ścisłej czołówce. Nie inaczej jest chyba w Poznaniu?

Cóż, od tamtych wydarzeń upłynęło 60 lat. To dwa pokolenia. Spora część uczestników poznańskiego Czerwca już nie żyje, podobnie jak większość służących wówczas w wojsku. Czas leczy nawet najboleśniejsze rany. Tym bardziej, że na skutek ustrojowej transformacji, zmieniła się sama armia.

rozmawiał Łukasz Zalesiński

autor zdjęć: Łukasz Zalesiński, Filip Springer / FORUM, Wikimedia, Marek Lapis / FORUM

dodaj komentarz

komentarze


Stalowy człowiek
 
Groty dla proobronnych
„Zginęli, bo byli Polakami”
Combining Two Worlds
Afganistan: powrót do domu
Polskie F-16 gotowe na Islandię
Wiosłują dla Emily
Psy (w) WOT
Żołnierze bez testów z WF-u
Polacy blisko podium, ale bez medalu
„Kobra ’21”, czyli rozpoznanie specjalsów
Co ze sprawdzianem z WF?
Sukcesy żołnierzy na AFN
Javelin gwarantuje skuteczność
Jutro otwarcie igrzysk olimpijskich w Tokio
Rusza PKW Islandia
Będzie więcej szkoleń z pierwszej pomocy
Kurs na dyplomację
Pałac Saski znów stanie w stolicy?
Ankona – bitwa po polsku
Desantowanie z transportowego giganta
Lufy prosto z Huty
Szczyt NATO w Brukseli – punkt zwrotny dla Sojuszu
Polskie firmy zbrojeniowe łączą siły
Czekamy na pierwszy medal w Tokio
Kontyngent do zmiany
Nagroda nie tylko od dowódcy
Chorwaci uczą się od polskich pilotów
Podwodne centrum przyszłości
V-2 leci do aliantów
Wojsko pomaga powodzianom w Małopolsce
Pierwsza mistrzyni Wojska Polskiego!
Polscy żołnierze polecą na Islandię
Szczyt NATO już w poniedziałek
Pancerniacy ruszają na Łotwę
Abramsy dla 1 Brygady
UE o wspólnym bezpieczeństwie
Podejmij wyzwanie razem z weteranem!
Szczyt NATO o zagrożeniach dla bezpieczeństwa
Kat Matejki, czyli prawda i mity bitwy pod Grunwaldem
NATO ćwiczy w Gruzji
Trzynasty tytuł mistrza Polski „Machałka”!
Umowa na Mieczniki podpisana
Kat warszawskiego getta przed sądem
Wisła i Narew w Sejmie
Polak najlepszym podoficerem NATO
Course on Diplomacy
Abrams – czołg z najwyższej półki
Wilki znów na Mazurach
Wyścig zbrojeń nie ustaje
Abrams – czołg niepokonany w walce
Podwodne rozpoznanie i ratunek
Terytorialsi pomagają poszkodowanym w powodziach
26 medali żołnierzy na mistrzostwach Polski
Rozwój i wyzwania wojskowej logistyki
Lato w wojskowym klimacie
Afganistan. Czas wracać do domu
Nowe książeczki wojskowe

Ministerstwo Obrony Narodowej Wojsko Polskie Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wojska Obrony
Terytorialnej
Żandarmeria Wojskowa Dowództwo Garnizonu Warszawa Inspektorat Wsparcia SZ Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Wielonarodowa
Dywizja
Północny-
Wschód
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Inspektorat Uzbrojenia

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO